Nie chcę Seksu w wielkim mieście! Nie chcę, by odcinano kupony od czegoś, czego nie powinno się już tykać. Nie chcę, by niszczono reputację tego, jakby nie było kultowego dzieła…

Legenda Seksu w wielkim mieście zbudowana została na perypetiach czterech przyjaciółek o rozmaitych temperamentach, które jako jedyne na szklanym ekranie swobodnie paplały sobie podczas brunchu o penisach, dobrych i złych stosunkach, no i oczywiście jak na kobiety przystało – o facetach. W końcu powstał serial, który pokazywał, że również kobiety mają swoje potrzeby (zwłaszcza Samantha), który nie tylko przełamywał tabu, lecz także rozbawiał do łez. Wszystko za sprawą świetnego scenariusza, głównych bohaterek – wielkiej miłośniczki butów Carrie, wyzwolonej i wiecznie niezaspokojonej Samanthy, nieco dziecinnej i naiwnej Charlotte oraz niezwykle cynicznej Mirandy, jak również odtwórczyń tych ról.

Choć przygody czterech przyjaciółek spędzały sen z powiek wielu osobom, pierwsze skrzypce w tym serialu grała oczywiście moda. I nie chodzi tu tylko o ubrania z górnych półek, które zdominowały serial Gossip Girl, lecz także o rzeczy vintage. Odpowiedzialna za garderobę głównych bohaterek Patricia Field miała świetne wyczucie stylu, a co więcej sprawiła, że Carrie Bradshaw szybko wyrosła na ikonę stylu, jedyną w swoim rodzaju dyktatorkę mody. Nic więc dziwnego, że cztery lata po zakończeniu szóstej serii zdecydowano się na powtórkę z rozrywki. Stworzono dwie pełnometrażowe produkcje przedstawiające ciąg dalszy przygód Carrie, Mirandy, Samanthy i Charlotte. Niestety z mizernym skutkiem, choć dalej będę obstawać przy swoim, że scena z Samanthą i kondomami na arabskim targu była genialna! Zarówno krytycy, jak i fani nie przyjęli tych filmów tak dobrze, jak oczekiwano. I myślę, że powinno to dać twórcom do myślenia. W końcu w obu tych produkcjach nastąpił przerost formy nad treścią, perypetie Carrie i spółki przyćmione zostały przez zapierające dech kreacje wielkich domów mody. Tylko czy dało? Nie.

W sieci coraz częściej pojawiają się plotki o tym, że niebawem powstanie kolejna seria, tym razem obrazująca życie seksualne kobiet po pięćdziesiątce. Co więcej w planach jest stworzenie prequela opartego na książce Candace Bushnell Dzienniki Carrie. Jak wyglądało szkolne życie Carrie? Jak radziła sobie po przybyciu do Nowego Jorku? Jak poznała dziewczyny? Jak w latach 80-tych wyglądała jej garderoba? Oto pytania, na które już niebawem poznamy odpowiedzi. Niestety…

Przewiduje się, że odtwórczyniami głównych ról będą Elizabeth Olsen (Carrie), Blake Lively (Samantha), Emma Roberts (Miranda) i Selena Gomez (Charlotte). Pytam się po co? Odgrzewanie starych kotletów jest niestrawne, zwłaszcza wtedy, gdy nie ma się pomysłu na realizację kolejnych części (co widać było po filmach). Nawet odmłodzenie głównych bohaterek niczego nie da. Bo o tym, o czym one mogły sobie rozmawiać w latach 80-tych, dziś za sprawą internetu wie co drugi nastolatek. Serial nie ma racji bytu, bo w dzisiejszych czasach mało co uznawane jest za kontrowersyjne, wiele tematów tabu już dawno zostało przełamanych, o seksie mówi się głośno i wyraźnie, więc czym można by nas jeszcze zaskoczyć? Nie podoba mi się również wybór aktorek. O ile Blake Lively jestem w stanie wyobrazić sobie w roli Samanthy, o tyle mam dość duży problem z pozostałymi dziewczynami, zwłaszcza z nachalnie promowaną ostatnio Seleną Gomez. Owszem, uchodzi za słodziutką, niczym Charlotte, lecz trąci od niej plastikiem. W końcu jakby nie było jest kolejnym cudownym dzieckiem wytwórni Disneya.

Naprawdę nie widzę potrzeby reaktywacji tego serialu czy odmłodzenia ekipy. Seks w wielkim mieście to zamknięty rozdział. Wszelkie próby wznowienia tej serii są doprawdy żałosne, bo sprawiają, że ze świetnego serialu tworzy się beznamiętna telenowela.

Fot. pinterest.com

Anita

 

co myślisz?